Laskami po mordach

...czyli o tym, jak kiedyś Świadkowie Jehowy o Prawdę walczyli

 

Zebrał i opracował: Marek Boczkowski

 

Świadkowie Jehowy szeroko reklamują się opinii publicznej jako ludzie łagodni, pokojowo nastawieni, unikający przemocy i konfliktów z bliźnimi. W dużej mierze prawdą jest, że Świadkowie niezwykle rzadko są autorami antysocjalnych lub chuligańskich wybryków. Zdecydowaną większość ich "grzechów" (o ile do nich dochodzi) stanowią występki natury moralnej - czudzołóstwo, seks przedmałżeński, molestowanie, pijaństwo, wulgarne słownictwo czy oszczercze plotkowanie.

Z drugiej jednak strony, sprawa wygląda zupełnie inaczej, kiedy ktoś w ich mniemaniu próbuje "wtargnąć" do ich "duchowego raju" lub przeszkadzać im w głoszeniu. Od początku XX wieku odnotowano setki przypadków awantur i bójek z udziałem Świadków Jehowy, które znalazły swój finał przed sądami świeckimi. O niektórych incydentach wspomina też literatura Towarzystwa Strażnica. Zapoznajmy się z nimi.

Prezes Rutherford - zwolennik mordobicia

Joseph Rutherford, drugi prezes Towarzystwa Strażnica, znany był z ostrego i bezkompromisowego traktowania swoich adwersarzy. Najczęściej używał do tego maszyny do pisania i jadowitych słów podczas swoich publicznych wystąpień, ale nie stronił też od udzielania swoim współwyznawcom zachęt, by "w obronie Prawdy" stosowali wszelkie możliwe środki, łącznie z użyciem siły fizycznej. W liście datowanym na 22 kwietnia 1939 roku, Sędzia Rutherford (pisząc na papierze firmowym "Beth-Sarim") żalił się prawnikowi Strażnicy Olin’owi Moyle na temat tego, że jego zwolennicy nie walczą w swojej obronie:

PRZYPADKI NAPAŚCI: Dziwnym wydaje się, że braterstwo żywi przekonanie, iż mają ustępować i zbierać od kogoś razy. Jeżeli ktoś stanąłby do bójki i utarłby komuś nosa, mogłoby się to okazać pomocne.

Jakby w ślad za tym, kilka miesięcy później w Strażnicy ukazał się artykuł usprawiedliwiający zastosowanie przez Świadków siły fizycznej w "samoobronie" zarówno swojej, jak i współwyznawców:

*** The Watchtower z 15 września 1939, ss.279,280 ***

Czy Pismo Święte pochwala gdy chrześcijanin broni się przed bezprawną napaścią i używa siły, by taką napaść odeprzeć? Samoobrona to prawo każdego człowieka do odparcia ataku, a używa on takiej siły, jaka wydaje mu się konieczna do ochrony samego siebie przed doznaniem krzywdy na własnej osobie bądź przed uszkodzeniem swojej własności. To samo prawo do samoobrony może być przez niego zastosowane do obrony osób z najbliższego otoczenia czyli bliskich przyjaciół, swoich braci. Takie jest prawo narodów czy państw, ale prawo to nie zasadza się na tradycji ani na przemyśleniach samego człowieka, lecz znajduje całkowite poparcie w Słowie Bożym.

Ochroniarze Rutherforda

Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że powyższe stanowisko powstało wskutek wnikliwego studium Pisma Świętego. Podłoże było bardziej prozaiczne. Od wielu lat kaznodzieje Świadków Jehowy napotykali sprzeciw od nagabywanych na ulicach i nachodzonych w domach ludzi. Ich metody głoszenia były w owym czasie bardziej natarczywe i agresywne niż obecnie. Również "orędzie" z jakim chodzili Świadkowie było w większości obraźliwe dla wielu wierzących ludzi. Tzw. "obnażanie fałszywych nauk głoszonych w chrześcijaństwie" co prawda dawało Strażnicy rozgłos, ale wywoływało też ostre reakcje u osób postronnych. Nie brakowało też wichrzycieli, którzy przychodzili na konwencje Świadków Jehowy i próbowali zakłócić porządek. Czasami dochodziło do pyskówek, przepychanek czy wręcz bójek. W związku z tym Sędzia Rutherford postanowił wzmocnić służby porządkowe podczas swoich publicznych występów, wyposażając tych mężczyzn w bambusowe laski i gotowych stanąć do walki w ręcz, a dla siebie wyznaczał kilkuosobową osobistą ochronę, która praktycznie nie odstępowała go na krok. Ówczesny radca prawny Towarzystwa, Olin Moyle, był przeciwnikiem takiego skrajnego rozwiązania, uważając - zresztą słusznie - że będzie to ze strony Świadków gest prowokacyjny i źle odebrany przez obserwatorów. Rutherford postawił jednak na swoim: krzepcy ochroniarze z twardymi laskami w dłoniach mieli obstawiać kongresy i tłuc przeciwników. O jednym z takich incydentów napisano w Roczniku Świadków Jehowy - 1975:

Ochroniarze Rutherforda

*** Yearbook - 1975, ss.180-182 ***

W dniach od 23 do 25 czerwca 1939 roku miały się odbyć na całym świecie chrześcijańskie kongresy i przeciwnicy liczyli na to, że dostarczą one okazji do dokuczenia ludowi Bożemu. Nowy Jork utrzymywał bezpośrednią łączność kablową z innymi miejscami kongresowymi w USA, Kanadzie, Wielkiej Brytanii, Australii i na Hawajach. W czasie kampanii zapraszania na wykład J. F. Rutherforda "Rząd i pokój" słudzy Jehowy dowiedzieli się, że aktywiści Akcji Katolickiej zamierzają nie dopuścić do wygłoszenia wykładu publicznego w dniu 25 czerwca. Słudzy Boży przygotowali się więc na kłopoty. Blosco Muscariello opowiada: "Byliśmy uzbrojeni niczym za czasów Nehemiasza, który podczas wznoszenia murów Jeruzalem zaopatrywał mężczyzn zarówno w narzędzia do budowy, jak i w broń (Nehem. 4:15-22). (...) Niektórzy z nas, młodych mężczyzn, otrzymali specjalne instrukcje jako porządkowi. Każdy miał mocną laskę, której należało użyć w razie jakiegoś zamieszania podczas głównego przemówienia". Ale R. D. Cantwell dodaje: "Polecono nam jednak używać ich jedynie w ostateczności".

Chociaż nie wszyscy o tym wiedzieli, brat Rutherford czuł się źle, gdy rankiem 25 czerwca 1939 roku wchodził na mównicę w Madison Square Garden w Nowym Jorku. Rozpoczęło się przemówienie. Wśród spóźnionych słuchaczy znalazło się około 500 stronników katolickiego duchownego Charles’a E. Coughlina, słynnego w latach trzydziestych "księdza radiowego", regularnie występującego w audycjach słuchanych przez miliony osób. Ponieważ niższe rzędy widowni były zarezerwowane lub zajęte przez świadków Jehowy, zwolennicy Coughlina, wśród których byli też duchowni, musieli zająć najwyższą część balkonu za mówcą.

"Nikt z obecnych nie palił", pisał korespondent Pociechy, "ale po 18 minutach przemówienia zapalił papierosa jakiś człowiek, siedzący na czele grupy po lewej stronie, a zaraz po nim zrobił to samo inny mężczyzna po prawej stronie. Później w tej części widowni zaczęły migotać latarki elektryczne, a jeszcze później - również tylko tam - rozległy się gwizdy, krzyki i buczenie". "Siedziałam cała spięta", mówi siostra Edward Broad, "czekając, kiedy zamieszanie ogarnie resztę widowni. Po kilku chwilach jednak przekonałam się, że hałasowała tylko grupa siedząca bezpośrednio za mówcą. 'Co on zrobi?' - myślałam. Wydawało się niemożliwe, by ktokolwiek był w stanie przemawiać, gdy na podium rzucano różne przedmioty i lada chwila ktoś mógł zabrać mikrofon". Esther Allen wspomina, że "salę wypełniło dzikie wycie i okrzyki: 'Heil Hitler!', 'Viva Franco!' oraz 'Zabić tego przeklętego Rutherforda!'"

Czy chory brat Rutherford ustąpi przed rozwścieczonymi przeciwnikami? "Im głośniej wrzeszczeli, by zagłuszyć mówcę, tym silniejszy stawał się głos sędziego Rutherforda" - mówi siostra A. F. Laupert. Aleck Bangle wspomina: "Prezes Towarzystwa nie uląkł się, lecz odważnie powiedział: 'Spójrzcie, naziści i katolicy chcieliby dziś przerwać to zgromadzenie, ale dzięki łasce Bożej to im się nie uda'". "Dało nam to sposobność do wyrażenia gorącymi oklaskami, naszego entuzjastycznego poparcia dla mówcy", pisze Roger Morgan, dodając: "Brat Rutherford nie ustąpił z placu boju aż do końca. Kiedy później odtwarzaliśmy w domach ludzi płyty z tym przemówieniem, za każdym razem byliśmy wzruszeni".

C. H. Lyon opowiada: "Porządkowi dobrze spełnili swój obowiązek. Kilku bardziej hałaśliwych zwolenników Coughlina zdzielono po głowie laską, a wszystkich bezceremonialnie ściągnięto na dół i usunięto z widowni. Jeden z nich zyskał pewien rozgłos, gdyż nazajutrz rano pewna gazeta bulwarowa zamieściła jego zdjęcie z bandażem na głowie, wyglądającym jak turban".

Trzech świadków Jehowy pełniących funkcje porządkowych aresztowano i oskarżono o "napaść". W dniach 23 i 24 października 1939 roku stanęli przed trzema sędziami (dwaj byli katolikami, a jeden Żydem) specjalnego nowojorskiego sądu zajmującego się drobnymi wykroczeniami. W sądzie wykazano, iż porządkowi wkroczyli do sektoru Madison Square Garden, aby usunąć osoby zakłócające spokój. Awanturnicy zaatakowali porządkowych, wobec czego stawili im opór, a niektórych potraktowali dość stanowczo. Świadkowie oskarżenia składali sprzeczne zeznania. Sąd nie tylko uniewinnił trójkę porządkowych, ale też orzekł, że ich działanie było uzasadnione.

Jednym ze wspomnianych powyżej aresztowanych porządkowych był osobisty sekretarz Rutherforda William Heath. W jego obronie zeznawał prawnik Towarzystwa Hayden Covington i w rezultacie Heath nie został skazany. Jednak mimo to cała sprawa okryła się ogólnokrajowym skandalem. 1 września 1939 roku Olin Moyle napisał list o rezygnacji ze swojego stanowiska w Betel, jako jeden z powodów wymieniając incydent w Madison Square Garden. Był on przeciwnikiem takiego rodzaju "samoobrony", chociaż przy innej okazji stwierdził, że odźwierni dobrze wykonali wtedy swoje zadanie. Podczas procesu wytoczonego później przez Moyle'a Rutherfordowi i Towarzystwu Strażnica za zniesławienie powołano się na ten incydent i zeznający tam Covington przyznał, iż Rutherford oczekiwał bardziej zdecydowanego stanowiska w sprawie "obrony" niż Moyle był w stanie zaakceptować. Według protokołów sądowych Rutherford miał zachęcać Betelczyków, aby nie byli "cykorami", "maminsynkami" bądź by nie zachowywali się "niemęsko" gdy przyjdzie im bronić samych siebie albo miejsca, za które są odpowiedzialni.

W cytowanej powyżej Strażnicy z 1939 roku Rutherford pouczył Świadków, że "samoobrona to prawo każdego człowieka do odparcia ataku, a używa on takiej siły, jaka wydaje mu się konieczna do ochrony samego siebie przed doznaniem krzywdy na własnej osobie bądź przed uszkodzeniem swojej własności". Wypowiedź ta częstokroć była przez Świadków brana nazbyt poważnie i zbroili się oni nie tylko w bambusowe laski, ale także w broń palną, aby chronić siebie i budynki, takie jak Sale Królestwa i inne obiekty.

Słuchanie rad Sędziego Rutherforda w tym zakresie niejednokrotnie kończyło się dramatycznie przed sądem. Tym razem świeckim.

Głosiciele Królestwa biją

Archiwa sądowe w Stanach Zjednoczonych zawierają mnóstwo sprawozdań o procesach dotyczących zakłócania porządku publicznego, awantur, bijatyk, a nawet użycia broni palnej z udziałem Świadków Jehowy w roli głównej. Autorzy internetowej witryny SECRET JEHOVAH'S WITNESSES HISTORY COURT CASES przytaczają niemal 200 takich incydentów w samych tylko USA, a przecież nie udało im się dotrzeć do wszystkich. Większość dotyczy wypadków z lat 40. ubiegłego stulecia, ale są też i nowsze. Warto przybliżyć kilka z nich z nich.

McKEE przeciwko STANOWI

Była to rozprawa prowadzona przed apelacyjnym sądem karnym w Oklahomie w roku 1942, dokumentująca fakt, iż właśnie podówczas co najmniej część Świadków Jehowy była posłuszna powyższym wskazówkom Rutherford’a. I rzeczywiście, niektórzy ŚJ nie tylko celowo stwarzali okazje do bójek, ale wręcz się na nie nastawiali. A w tym przypadku, ta grupa Świadków Jehowy nawet wygrała tą uliczną bijatykę.

Głoszenie na ulicy

Ten proces karny dotyczył pięciu Świadków Jehowy – George’a L. McKee, Pana Toots’a Wilson’a, Pani Wilson, Pana Weldona Simmons’a i Pani Simmons (szóstemu ŚJ najwyraźniej nie postawiono zarzutów), i wszyscy oni brali udział w ulicznej bijatyce z kilkoma obywatelami miasteczka Drumright w stanie Oklahoma, w dniu 23 grudnia 1940 roku. Cała piątka ŚJ została przez Sędziego Pokoju początkowo obwinionymi o "zakłócenie spokoju publicznego". Po odwołaniu, Pani Toots Wilson, Pan Weldon Simmons i Pani Weldon Simmons zostali uniewinnieni przez sąd z udziałem przysięgłych. George L. McKee i Toots Wilson ponownie odwołali się od tej decyzji.

Tamtego grudnia 1940 roku był to już trzeci incydent w bitwach trwających pomiędzy obywatelami Drumright a Świadkami Jehowy. Gdzieś pod koniec 1939 roku burmistrz Drumright odrzucił prośbę grupy Świadków Jehowy na nadawanie w mieście przez głośniki przemówienia prezesa Strażnicy, Sędziego Rutherforda. Następnie, w czerwcu 1940 roku miała miejsce druga konfrontacja w Drumright, kiedy grupa Świadków Jehowy sprzedawała literaturę na ulicach miasteczka.

Co do szczegółów wydarzeń z 23 grudnia 1940 roku, bijatyka ta wywiązała się z ostrej wymiany zdań, w którą zamieszane były obie strony – każda ze stron obwiniała drugą o wywołanie burdy. Przed procesem George L. McKee napisał do Strażnicy listy odnośnie tych wydarzeń, a ponieważ został on dołączony do akt procesowych, niektóre z jego fragmentów znalazły się w wyroku sądu apelacyjnego. Biorąc pod uwagę to, że McKee w oczywisty sposób "kręcił" szczegółami aby odpowiadały jego najlepiej pojętemu interesowi, to jednak w kilku momentach McKee obciążył sam siebie i rzucił nieco światła na sprawę:

"Po przestudiowaniu z gorącą modlitwą instrukcji z INFORMATORA, postanowiliśmy, że dni poprzedzające Boże Narodzenie będą najlepsze, ponieważ na ulicach będzie sporo ludzi, robiących zakupy.

Następnego tygodnia zaplanowaliśmy (czterej bracia i dwie siostry) pracę na poniedziałek 23-ego i sobotę 28-ego. Rozważyliśmy też wszystkie środki ostrożności, jakie mogłyby okazać się niezbędne; mężczyźni mieli w rękach bambusowe laski, podczas gdy kobiety miały w swoich torebkach ciężkie pudełka z kremami nawilżającymi. Pracowaliśmy przez cały czas, aż do końca o godzinie 12.

Kiedy szliśmy do naszych samochodów z zamiarem opuszczenia miasta, zostaliśmy otoczeni przez ten sam tłum, tylko tym razem zwiększył się on do około pięćdziesięciu osób, a potem bez jednego słowa Art Glaser, członek American Legion, zaczął rozcinać jednemu z braci torbę z czasopismami, a ja uprzejmie poprosiłem go o zaprzestanie, ale ani on, ani czterech innych mężczyzn nie zwracając na to uwagi, pochwycili go i zaczęli bić. Zatem nie chcąc patrzeć na niszczenie literatury Pana oraz na krzywdę Jego sług, chwyciłem za moją laskę, uderzając dwóch stojących najbliżej ludzi i stanąłem do walki, która trwała jakieś trzydzieści minut.

Podczas walki wśród wrogów zapanowało albo takie zamieszanie, że zaczęli bić się sami ze sobą, albo byli wśród nich jacyś ludzie dobrej woli, którzy walczyli po naszej stronie, gdyż w pewnym momencie co najmniej dziesięciu mężczyzn zostało znokautowanych i powalonych na chodnik (żaden z nich nie był świadkiem). Podczas gdy bracia używali swoich bambusowych lasek i pięści, siostry posługiwały się swoimi torebkami, które okazały się bardzo skuteczne w uratowaniu życia dwom świadkom. Wszyscy świadkowie – tak bracia, jak i siostry – wiedzieli, że toczą bój ze względu na prawość i ani na jedną chwilę nie ustąpili przeważającej liczbie wrogów, którzy zostali pokonani lub salwowali się ucieczką po otrzymaniu odpowiedniej odprawy.

Nie udaliśmy się na rogi ulic z zamiarem walki, lecz aby umożliwić ludziom dobrej woli opowiedzenia się za Poselstwem Królestwa, jednak potem wrogowie celowo zaczęli niszczyć naszą literaturę, mimo iż widzieli nas opuszczających miasto oraz po powiedzeniu im, żeby nic nie niszczyli, i było to więcej niż świadkowie mogli znieść, a będąc pouczeni o walczeniu w interesach królestwa i braterstwa, posłużyliśmy się tylko niezbędną siłą i udaliśmy się we własną stronę."

W związku z całą tą historią nasuwa się kilka spostrzeżeń: Czy mamy uwierzyć, że brat McKee "stanął do walki" dopiero wtedy, gdy czterech mężczyzn rzekomo jako pierwsi zaczęło bić innego ŚJ? Czytając to zdanie o '10 znokautowanych mężczyznach' w oczywisty sposób widzimy, że McKee w istocie łgał, iż ‘żaden z tych 10 mężczyzn NIE został pobity do nieprzytomności przez naszą maleńką grupkę’, lecz znokautowali się wzajemnie. I co najważniejsze: McKee przyznaje tutaj, że ŚJ byli "pouczani o walce". Jest tylko jedno źródło, które poucza o wszystkim ŚJ – Towarzystwo Strażnica.

Osoby postronne względem Świadków Jehowy, powinny być świadome, że w latach 1930-tych i 1940-tych mężczyźni ŚJ często nosili "laski", służące im za broń. Bambusowe laski spacerowe były przedmiotami noszonymi przez niektórych jako pomoc w poruszaniu się, jako element mody itp. Tym samym, o ile ktoś nie przyglądał się dokładnie, to większość ludzi nie była nawet świadoma, że dany ŚJ nosi przy sobie broń. Niektóre laski, miały w rzeczywistości tak ukształtowane rączki, że świetnie nadawały się na broń, ale inne były wytwarzane domowymi sposobami i wyglądem niewiele różniły się od tradycyjnych lasek.

Co do kobiet ŚJ, to w latach 1940-tych nosiły one torebki specjalnie "obciążone" popularnymi wówczas ciężkimi szklanymi słojami z kremami kosmetycznymi, a czy ktoś mógłby pomyśleć, że te kobiety będące ŚJ mogły go napaść czymś takim? Albo czy ktokolwiek uwierzyłby, że mogły one bez trudu wygrać w ulicznej bójce używając takich obciążonych torebek bez wcześniejszego treningu jak skutecznie się nimi posługiwać?

Na koniec, sąd apelacyjny podsumował, iż wszystkie strony uczestniczące w tej ulicznej bijatyce są winne "zakłócenia spokoju publicznego" i "dopatrując się", że jedynie ŚJ zostali tu oskarżeni, sąd zmienił wcześniejszy wyrok uchylając 30-dniowy pobyt w więzieniu, lecz zasądził grzywnę w wysokości 25$ i poniesienie kosztów procesu w wysokości 74,80$.

STAN przeciwko MARTIN oraz STAN przeciwko BOURNE

Sprawy te odnoszą się do decyzji sądu w Winconsin z 1941 roku. Gdzieś w kwietniu 1941 roku odbył się "proces przed ławą przysięgłych" (zdający się wskazywać na właściwą ocenę sprawy), podczas którego dwóch Świadków Jehowy – Robert Martin, lat 21, z Lincoln w Nebrasce oraz Donald Bourne, lat 20, z Jumper w Winsconsin – zostali obwinieni o "czynną napaść", co miało miejsce w Pesthigo, w stanie Winsconsin, wobec farmera o nazwisku M.H. Byers. Werdykt nie jest znany. W apelacyjnej rozprawie przed przysięgłymi, którą wszczęto w związku z odwołaniem przeciwko decyzji sądu, podtrzymano wyrok, w którym sędzia skazał obu mężczyzn na 10 dni więzienia i 10$ grzywny. ŚJ odwołali się raz jeszcze. Jednakże, kiedy zażądano protokołu z rozprawy, nie można było go odnaleźć z powodu śmierci protokolanta sądowego. Na wniosek ŚJ sędzia zgodził się na wszczęcie nowego procesu. Byers, najwidoczniej rozzłoszczony całym tym bałaganem, nigdy nie pojawił się już podczas trzeciego procesu mającego miejsce w październiku 1941 roku, w związku z czym zarzuty zostały po prostu "oddalone". Dwóch ŚJ wygrało, ponieważ byli przygotowani na rozdęcie systemu prawnego do entej potęgi, podczas gdy biedny farmer miał w życiu ważniejsze rzeczy do zrobienia.

Całe zajście wyglądało następująco: 12 marca 1941 roku para Świadków Jehowy zatrzymała się pod domem Byers’a, gdzie zaczęli odtwarzać jedno z nagrań oskarżycielskich kazań Sędziego Rutherforda. Chociaż nie jest to wiadome, podejrzewamy, iż żona farmera przysłuchiwała się temu, a zobaczywszy kogoś na obejściu, farmer przerwał swoją pracę, aby sprawdzić co z żoną. Każda ze stron oskarżała się wzajemnie o rozpoczęcie bójki, lecz – co ciekawe – obrażenia fizyczne stwierdzono jedynie u rolnika, który miał poranioną głowę i różne urazy ciała. Zanim zdążyli odjechać, farmer zdołał jeszcze wybić łopatą przednią szybę w ich samochodzie. Po ostatecznym oddaleniu zarzutów, ŚJ złożyli pozew cywilny przeciwko farmerowi za utraconą szybę.

STAN przeciwko LEIBY

Rozprawa ta toczyła się w 1940 roku przed sądem apelacyjnym w New Hampshire. Milton L. Leiby, lat 43, opisywany w dokumentach jako "lider" Świadków Jehowy New Hampshire - co być może wskazuje, iż był wyznaczonym przez Towarzystwo Strażnica "sługą strefy" dla tego stanu - został aresztowany i postawiony w stan oskarżenia za "posiadanie ukrytej broni", mianowicie mosiężnego kastetu. Leiby został początkowo skazany na jeden rok więzienia, ale w trakcie apelacji uznał swoją "winę" w zamian za poniesienie kosztów sądowych i wyrok w zawieszeniu.

STAN przeciwko BOX

Głoszenie na ulicy

W listopadzie 1940 roku, w Compton, stan Kalifornia, Świadek Jehowy nazwiskiem Forney Box przyznał się do "winy" "napaści" po tym, jak uderzył batem weterana I Wojny Światowej, który skrytykował Box’a ze względu na treść anty-rządowych ulotek, rozdawanych przez Box’a na publicznym chodniku.

TEKSAS przeciwko BROWN

Postępowanie toczyło się przed sądem karnym w Teksasie w 1942 roku. Będąca Świadkiem Jehowy kobieta o nazwisku Fanny Brown została oskarżona o uderzenie komendanta policji, który usiłował aresztować ją za sprzedawanie literatury Strażnicy bez wymaganego zezwolenia. Wynik jest nieznany.

WALROD przeciwko STANOWI

Był to proces toczący się w roku 1945 w Oklahomie przed apelacyjnym sądem karnym, który dotyczył nieustannych bijatyk pomiędzy obywatelami Stillwater a Świadkami Jehowy. Była to już co najmniej trzecia rozprawa karna, w którą zamieszany był Świadek Jehowy nazwiskiem E. F. Walrod. Pani Walrod została oskarżona w jeszcze jednej innej sprawie. Inni ŚJ zostali oskarżeni w kilku pozostałych sprawach. W tym przypadku, pan E.F. Walrod został aresztowany, a Sędzia Pokoju przedstawił mu zarzut "naruszenia nietykalności cielesnej". Podczas rozprawy odwoławczej, ława przysięgłych również podtrzymała zarzuty, od czego on wniósł apelację.

Mieszkaniec Stillwater, Mert Poole, w zażaleniu wyjaśnił, iż pewnego sobotniego popołudnia przechodził obok Walroda, który usiłował rozpowszechniać literaturę Strażnicy na chodniku przed Stillwater Bank, i wtedy Walrod podstawił Poole'mu pod nos jakąś publikację Strażnicy, na co Poole odtrącił ją i zamierzał iść dalej chodnikiem w swoją stronę. Poole zeznał, iż zdążył zrobić zaledwie trzy lub cztery kroki, kiedy Walrod pobiegł za nim, skoczył mu na plecy, powalił go na ziemię i zadał mu kilka ciosów w twarz. Nie było żadnego naocznego świadka początku tej bójki, poza Poole'm i Walrodem, i obaj oskarżali się nawzajem o jej wszczęcie. Jednakże prokuratura powołała dwóch świadków zdarzenia, którzy stwierdzili, że widzieli Walroda na Pool'u uderzającego go raz za razem. Poole przyznał wobec ławy przysięgłych, że uprzednio już dwukrotnie zeznawał przeciwko Walrodowi, który był oskarżany w Stillwater za podobne zarzuty zakłócania porządku oraz że mówił mu, aby ten nigdy nie proponował mu żadnej literatury Strażnicy, ani nie przynosił mu jej do domu.

Sąd apelacyjny podtrzymał decyzję ławy przysięgłych, lecz zmienił nieco werdykt, oznajmiając między innymi:

"Doszliśmy do wniosku, po przeanalizowaniu tych sprawozdań, że skarżący Poole nie jest całkowicie bez winy w tym sporze. Zarówno on, jak i oskarżony zostali zabrani do policjanta śledczego miasta Stillwater i ukarani za bójkę. Świadectwo Poole'a ujawniło, że odczuwał on głęboką niechęć wobec pozwanego wynikającą z tego, iż nie był on amerykańskim patriotą z powodu pewnych religijnych praktyk organizacji, do której oskarżony należał. Obwiniony stracił panowanie nad sobą czyli do bijatyki nie musiało dojść. Na podstawie akt sprawy należy podtrzymać werdykt ławy przysięgłych. Jednakże surowość kary musi być współmierna do faktów. Sprawiedliwość nakazuje pewną zmianę. Minimalna grzywna w wysokości 5$ oraz poniesienie kosztów stanowią dostateczną karę".

STAN przeciwko POWERS

Rozprawa toczyła się w sądzie stanu Indiana w 1951 roku. W październiku 1951 roku Świadek Jehowy o nazwisku Walter Powers, został aresztowany w Evansville, stan Indiana, za sprawą doniesienia pewnego 63-letniego właściciela domu, który oskarżył Waltera Powersa o poturbowanie go na swoim ganku po tym, jak wyraził sprzeciw wobec przedstawianej przez Powersa agitacji na rzecz Strażnicy.

IDAHO przeciwko GOYEN oraz IDAHO przeciwko SINGLETON

Protokoły te odnoszą się do decyzji sądu w Idaho z 1955 roku. W styczniu 1955 roku dwóch Świadków Jehowy – Joe Goyen Jr, lat 24 oraz DeWayne Singleton, lat 17 – zawitało na farmę Waltera Jonesa, lat 50, w Drummond, stan Idaho. Według pani Jones, od razu powiedziała im ona, by sobie poszli, lecz oni nie przerywali przedstawiania swojego poselstwa. W tym samym momencie do akcji wkroczył Walter Jones i wypadki nabrały tempa. Jones także nakazał parze odejść, ale kiedy duet ŚJ najwyraźniej ociągał się ze spełnieniem tej prośby, Jones (według swoich zeznań) wypchnął Goyena za drzwi. Goyen zeznał, że Jones uderzył go pięścią, po czym on podbił farmerowi oko. Wywiązała się bijatyka pomiędzy dwoma ŚJ a rolnikiem Jonesem, synem Jonesa i ich psem, który pogryzł Goyena po nodze. Bójka trwała do momentu, kiedy Goyen popchnął Jonesa w zaspę śnieżną, co pozwoliło Świadkom dotrzeć do ich samochodu i uciec. Goyen i Singleton zostali oskarżeni o "czynną napaść" i grzywnę po 10$ dla każdego, jednak złożono od tego apelację. Dalsze wyniki nie są znane.

McCREADY przeciwko MOORE

Było to orzeczenie sądu apelacyjnego w Kalifornii w stosunku do starszego Świadków Jehowy nazwiskiem Thomas Moore, w sprawie toczącej się na przełomie lat 1985 i 1986. W marcu 1985 roku Gary McCready i Mark Pyle umieszczali za wycieraczkami zaparkowanych na ulicy samochodów w pobliżu Sali Królestwa Świadków Jehowy w Palm Springs anty-Strażnicowe ulotki, gdy zostali napadnięci przez grupę mężczyzn Świadków Jehowy, którym przewodził starszy zboru Thomas Moore. Podczas bijatyki McCready’emu zniszczono aparat fotograficzny oraz wybito szybę w samochodzie. McCready od razu wygrał w sądzie niesprecyzowane bliżej, ale niewielkie odszkodowanie w roku 1985, od czego Moore się odwołał. Sąd apelacyjny przyznał rację do roszczeń McCready'emu w roku 1986.

Głosiciele Królestwa strzelają

O ile powyższe historie są szokujące, to nie zawsze konfrontacja ze Świadkami Jehowy kończyła się tylko podbitym okiem czy rozbitą bambusową laską głową. Zdarzały się także przypadki użycia przez nich broni palnej.

NEW JERSEY przeciwko STANTON

Sprawa ta toczyła się przed sądem karnym w New Jersey w 1945 roku. Świadek Jehowy nazwiskiem Wilbert Stanton, lat 42, został zwolniony z pracy w charakterze "robotnika okrętowego" na kilka tygodni przed zakończeniem 2 Wojny Światowej, co może wskazywać na to, że Świadek ten - podobnie jak wielu innych obłudnych ŚJ w okresie 2WŚ - był zatrudniony na stanowisku związanym z wojskowością.

W październiku 1945 roku rodzina Stantona zalegała z płaceniem czynszu za mieszkanie i właściciel postanowił ich wykwaterować. Gdy do mieszkania Stantona przybył posterunkowy z nakazem eksmisji, Wilbert Stanton wyciągnął dubeltówkę i zagroził mu zastrzeleniem, po czym zabarykadował się w domu. Po kilku godzinach pewien miejscowy Świadek Jehowy, prawdopodobnie "sługa zastępu" do którego należał Stanton, namówił go do poddania się. Jednakże ów "sługa zastępu" nie był chętny do wpłacenia za Stantona kaucji, w związku z czym musiał on odsiedzieć w więzieniu zasądzoną za długi karę.

MAINE przeciwko BOBB

W październiku 1940 roku Edwin Bobb z West Chester w Pennsylwanii został oskarżony o "czynną napaść w zamiarze pozbawienia życia" z użyciem broni palnej, a sąd orzekł dla niego wyrok czterech lat więzienia. Był on sługą zboru Świadków Jehowy w Kennebunk, w stanie Maine. 9 czerwca 1940 roku Bobb zaopatrzył w broń innych miejscowych Świadków i przekształcił Salę Królestwa w platformę strzelniczą przewidując kłopoty ze strony osób, które już wcześniej wielokrotnie wywoływały bijatyki ze ŚJ. Bobb i kilkunastu innych Świadków przygotowawszy zasadzkę czekali w ukryciu - kilku z nich stało na zewnątrz, a reszta była w Sali Królestwa. O godzinie 2.30 nad ranem pod Salę podjechał samochód z czterema osobami w środku, które potem nie umiały wiarygodnie wyjaśnić powodu zatrzymania się w tym miejscu, gubiąc się w zeznaniach, jednak oficjalną wersją postawioną przez prokuratora była chęć zamiany na miejscu kierowcy. W każdym bądź razie, kiedy mężczyźni wysiedli z samochodu Świadkowie zaczęli do nich strzelać raniąc dwóch z nich, w tym jednego bardzo ciężko. (Jak na ironię, ten ciężko zraniony przeżył dzięki zastosowaniu transfuzji krwi, gdyż w przeciwnym wypadku Bobb zostałby oskarżony o zabójstwo.)

Strzelanina pod Salą Królestwa

Pasażerami samochodu, którzy zatrzymali się naprzeciwko zaciemnionej wynajmowanej Sali Królestwa byli Roland Nadeau (lat 19), Dwight Robinson (lat 22), Fred McDonald (lat 33) i Ralph Labarge (lat 26). Podczas procesu powiedzieli, że zatrzymali się aby zmienić koło (chociaż prokurator zawarł wersję o zmianie kierowcy). Nadeau, Robinson i McDonald wysiedli z auta. Chociaż Gertrude Bobb (żona Edwina Bobba) przysięgała, że krzyknęła "Pal!" dopiero po tym, jak "trzech" mężczyzn zaczęło rzucać kamieniami (krzyknęła "Lights!" co mogło też znaczyć "Światła!" lecz ponieważ od razu rozległa się kanonada strzałów, przychylam się do znaczenia "pal!"), to oni z kolei zeznali przed sądem, iż nic nie robili, gdy bez ostrzeżenia zaczęli być ostrzeliwani z krabinków z mnóstwa stron. McDonald został jedynie lekko ranny w nogę, lecz o stanie Robinsona napisano, że został "poważnie zraniony" w biodra i nogi. Jeden z dokumentów stwierdza, iż w wyniku tego postrzału Robinsonowi musiano amputować nogę.

Nie ma wątpliwości, że ci mężczyźni planowali coś zrobić, lecz po oględzinach miejsca zdarzenia nie znaleziono żadnych kamieni, butelek, itp. Najwyraźniej zostali ostrzelani zanim zdążyli cokolwiek nabroić. W związku z tym Sąd Najwyższy Stanu Maine w orzeczeniu z roku 1942 utrzymał w mocy wyrok wydany na Edwina Bobba.

Z raportu policji wynika, że po tym incydencie skonfiskowano z Sali Królestwa 6 śrutówek i 2 strzelby, zanim jeszcze tego samego wieczoru została zdemolowana i spalona przez rozwścieczony tym wydarzeniem motłoch. Co ciekawe, kilka tygodni wcześniej Bobb stanął z kilkoma innymi Świadkami przed sądem w New Hampshire pod zarzutem zaśmiecania ulic ulotkami Strażnicy. Dokumenty wskazują też na parę innych zatrzymań Bobba przez policję z zarzutami o zakłócanie porządku publicznego.

W prezentowanym po prawej artykule prasowym napisano m.in.:

Bobb utrzymywał, że nie strzelał do mężczyzn tylko w koła samochodu, który oni [Robinson i McDonald] i ich dwóch przyjaciół zaparkowali naprzeciwko sali. Zraniony mężczyzna powiedział, że zatrzymali się jedynie po to, aby zamienić się miejscami.

Bobb i oskarżone z nim osoby tłumaczyli się samoobroną, mówiąc, że Robinson i jego kompani grozili "skończeniem z tymi cholernymi Świadkami Jehowy dziś w nocy".

W procesie oskarżonych zostało sześciu Świadków: Edwin Bobb, Benjamin Graves, Carroll Madsen, Joseph Leathers, Fayette Snowdale i Richard Trask. Bronili ich prawnicy Towarzystwa Strażnica Hayden Covington oraz Charles Smith. Z całej szóstki tylko Bobb trafił do więzienia, resztę uniewinniono z braku jednoznacznych dowodów.

Po odbyciu kary więzienia w latach 1948-1956 Edwin Bobb pracował w Betel oraz zlecano mu różne specjalne zadania za granicą. Po latach literatura Towarzystwa Strażnica wspominała go w pozytywnym sensie (zob. Yearbook - 1987, s.99).

MAINE przeciwko COX

Zabójca Cox

20 sierpnia 1940 roku 48-letni Świadek Jehowy Authur Cox został aresztowany i oskarżony o zamordowanie przedsiębiorcy z North Windham o nazwisku E. Dean Pray, który pełnił także obowiązki zastępcy szeryfa. Coxa reprezentował radca prawny i późniejszy wiceprezes Towarzystwa Strażnica Hayden Covington.

Warto tutaj pokrótce przybliżyć kontekst popełnionego morderstwa, gdyż należy być świadomym, że niemal w całych Stanach Zjednoczonych trwała wrzawa wokół Świadków Jehowy i ich anty-rządowej działalności. Kiedy 3 czerwca 1940 roku Sąd Najwyższy USA wydał niepomyślny dla Świadków wyrok w kwestii nie pozdrawiania przez nich flagi, fala przemocy przeciwko nim rozlała się na cały kraj. Patriotyczny zapał napędzany był trwającą w Europie wojną, a Amerykanie wiedzieli, iż jest tylko kwestią czasu kiedy zostaną w nią wciągnięci. Zamiast rozsądnie "odpuścić" i poczekać aż emocje nieco opadną, Świadkowie Jehowy jeszcze bardziej wzmogli swoją aktywność. Cenę za to zapłaciło setki szeregowych głosicieli. W stanie Maine te wrogie nastroje były szczególnie mocne, a jego obywateli wyprowadzało z równowagi nie tylko to, że ŚJ nachalnie wciskali swoje orędzie niechętnym słuchaczom, ale raczej zmasowana działalność głosicieli spoza stanu wysyłanych przez Rutherforda. Przyznaje to książka Strażnicy, opisująca historię Organizacji:

*** Świadkowie Jehowy - głosiciele Królestwa Bożego, s.692 ***

Chociaż w latach trzydziestych poszczególne zbory Świadków Jehowy były raczej niewielkie, zespalały je silne więzy. Kiedy w jakimś miejscu bracia przeżywali poważne trudności, współwyznawcy z okolicznych terenów chętnie śpieszyli im z pomocą. Na przykład w 1933 roku 12 600 Świadków w USA podzielono na 78 "dywizjonów". Jeżeli gdzieś stale dokonywano aresztowań albo gdy przeciwnikom udało się wymóc na stacjach radiowych, by zerwały umowy o nadawanie programów przygotowanych przez Świadków Jehowy, powiadamiano o tym Biuro Towarzystwa w Brooklynie. W ciągu tygodnia wysyłano w ten rejon posiłki, by dać gruntowne świadectwo.

O umówionym czasie, zwykle na wsi w pobliżu miejsca, w którym planowano głosić, spotykało się — w zależności od potrzeb — 50 do 1000 Świadków. Wszyscy przybywali dobrowolnie. Niektórzy przyjeżdżali nawet z odległości 300 kilometrów. Poszczególnym grupom przydzielano teren, który można było opracować w ciągu 30 minut do 2 godzin. Kiedy jakaś grupa samochodowa rozpoczynała tam działalność, komitet złożony z braci powiadamiał o tym policję i dostarczał listę wszystkich Świadków pracujących tego poranka w danej okolicy. Policjanci zdawali sobie sprawę, że Świadkowie przewyższają ich liczebnie, toteż na ogół nie robili im żadnych trudności. Gdzieniegdzie zamykali ich w areszcie, który wypełniał się po brzegi, ale nie mogli uczynić nic więcej. Do aresztowanych Świadków wkrótce przybywali adwokaci i od razu płacili kaucję.

Takie prowokacyjne działania rzadko kiedy przynosiły coś dobrego, a doświadczony starszy - jakim był Arthur Cox - związany z Towarzystwem Strażnica od 33 lat, powinien był o tym wiedzieć. Został on wyznaczony osobiście przez prezesa WTS Josepha Rutherforda do pomocy w rozwoju dzieła na terenie Portlan w stanie Maine. Być może to zadanie go przerosło? A fakty (zgodnie z aktami Sądu Najwyższego Stanu Maine) wyglądały następująco:

Dnia 20 sierpnia 1940 roku Arthur Cox wraz ze współwyznawcami Kennethem Carr'em i Verle Adams Garfein wyruszyli świadczyć w okolicach Portland. Kierowcą był Carr, do którego też należał samochód. Każde z nich miało gramofon, co najmniej jedną płytę z nagraniami wystąpień Rutherforda oraz torbę wypchaną literaturą Towarzystwa. Cox w torbie na książki miał dodatkowo rewolwer, który - jak potem wyjaśniał - nabył miesiąc wcześniej w związku z napaścią, jakiej doznał i nosił go w celu ochrony.

Zabójca Cox

Kaznodzieje Strażnicy twierdzili, że nie wiedzieli o wrogim nastawieniu państwa Pray do Świadków Jehowy, chociaż osoby zeznające w sądzie stwierdziły, że ostrzegały ich przed wizytą w tym gospodarstwie (np. właścicielka miejscowego sklepu, pani Robbins, przestrzegła go, żeby omijał dom Pray'ów, a Cox miał się do niej odgrażać, iż z niejednego miasteczka został już wyrzucany i potrafi o siebie zadbać). Dowody wskazują, że po rozmowie z panią Robbins Cox postanowił jednak odwiedzić ze współgłosicielami posiadłość zastępcy szeryfa Deana Praya, najprawdopodobniej bez powiadamiania ich o ewentualnych kłopotach.

Do domu poszli Cox i Carr, natomiast pani Garfein została w samochodzie. Nie zastawszy nikogo w rezydencji obeszli posiadłość wokoło i dotarli do położonego nieopodal warsztatu samochodowego pana Praya. Natknęli się tam na dwóch pracowników - Francisa H. Browna i Clyde'a M. Eldera (w głębi był też Dean Pray z klientem o nazwisku Perley W. Varney lecz początkowo ich nie zauważyli), którym natrętnie zaczęli przedstawiać swoje "poselstwo". Bez pozwolenia rozstawili gramofon i puścili jedno z agresywnych przemówień Sędziego Rutherforda. Gdy Prey usłyszał hałasy wyszedł na zewnątrz i stanowczo nakazał im się wynosić z jego posesji. Carr szybko zwinął gramofon i zaczął się wycofywać, ale Cox nie chciał ustąpić, tylko zachęcał coraz bardziej rozwścieczonego Preya do wysłuchania, co ma do powiedzenia. Pray nie wytrzymał, złapał łyżkę do opon i krzyknął "Wynocha stąd!", a potem widząc, że Cox grzebie za czymś w swojej torbie zapytał: "Czego tam szukasz?"

Dowiedział się bardzo szybko, bo Cox wyciągnął rewolwer i opróżnił w kierunku Praya cały bębenek, z czego trafiły go dwie kule. Wszyscy zaczęli się kryć, Carr uciekł do samochodu, a śmiertelnie ranny Pray doczołgał się na ganek własnego domu, skąd samochodem zabrał go do szpitala jeden z pracowników, ale po drodze wykrwawił się na śmierć.

Podczas procesu Cox tłumaczył się niezbędną samoobroną, gdyż - jak twierdził - Pray zaatakował go łyżką do opon. Carr próbował go bronić i nawet żalił się lekarzowi, że sam został pobity przez Praya żelaznym prętem, ale lekarz nie znalazł na jego ciele żadnych zadrapań czy sińców. W trakcie rozprawy Carr przyznał, że faktycznie nie miał żadnych śladów pobicia i być może coś mu się pomyliło i było inaczej. Jednakże wszyscy świadkowie zajścia jednomyślnie zeznali, że Pray nie użył wobec Świadków przemocy, a jedynie chciał ich postraszyć i przepędzić ze swojej posesji.

Ława przysięgłych skazała Coxa na dożywocie, a Sąd Najwyższy Stanu Maine podtrzymał ten wyrok w 1941 roku. Co zdumiewające, Cox za każdym razem mówił dziennikarzom, że nie popełnił żadnego występku przeciwko Jehowie. Przez kilka kolejnych lat współwyznawcy Coxa mocno zabiegali o jego warunkowe zwolnienie, a nawet o oczyszczenie go z zarzutów, ale ich wysiłki spełzały na niczym. Każdego roku (przez 8-9 lat) przed posiedzeniem komisji rezpatrującej zwolnienia warunkowe Świadkowie Jehowy odwiedzali rodzinę pana Pray, chcąc ich przymusić do złożenia odpowiednich zeznań umożliwiających wypuszczenie Coxa z więzienia. To też się nie udało.

Po blisko 10 latach w więzieniu, gdy wszystkie próby złagodzenia wyroku dożywocia zawiodły, Arthur Cox popełnił samobójstwo.

Głosiciele Królestwa nie 'nadstawiają drugiego policzka'

Osobom postronnym Świadkowie Jehowy zwykle kojarzą się z uprzejmymi, kulturalnymi ludźmi, których jedynym dziwactwem jest chodzenie z Biblią po domach. Nigdy nie spodziewaliby się po nich bijatyk, awantur czy posługiwania się niebezpieczną bronią. Powyższe przypadki bez wątpienia są szokujące, ale ukazują też prawdę o Świadkach - wbrew temu co twierdzą, niewiele różnią się od reszty społeczeństwa i nie są wolni od nagannych, czy wręcz kryminalnych wybryków.

Krzywdzące byłoby rzecz jasna generalizowanie czyli twierdzenie, że tego typu zachowania to powszechna domena Świadków Jehowy. Niemniej takie sytuacje się zdarzają. Tym bardziej, że od niemal 80 lat podsycane są "biblijnym" zezwoleniem. Błędem byłoby mniemanie, że poglądy propagowane przez Josepha Rutherforda - i tak chętnie wcielane w czyn w pierwszej połowie XX wieku - odeszły do lamusa. W nauczaniu Towarzystwa Strażnica nic się do tej pory nie zmieniło:

*** Przebudźcie się! z czerwca 2008, s.11 ***

Jak wynika z Biblii, można w razie napaści fizycznej bronić siebie lub swej rodziny. Zaatakowany ma prawo odparowywać ciosy napastnika, a nawet go uderzyć, by go ogłuszyć lub obezwładnić. Celem będzie wówczas powstrzymanie ataku. Jeśli w takiej sytuacji przestępca zostanie poważnie zraniony lub zabity, jego śmierć będzie nieumyślna, a nie zamierzona.